Teraz – gdy znamy zasadę działania Internetu – wydaje się to nam oczywiste, ale ponad pół wieku temu oczywiste nie było i Paul Baran musiał to wymyślić. W kolejnych latach wymyślił również podział ARPANET-u na część cywilną i wojskową, a następnie z powodzeniem zajął się biznesem, tworząc kilka niewielkich, ale
Z Oscarem jej do twarzy. Całe szczęście, że nie miała oczywistej urody Marilyn Monroe. Dzięki temu dostawała role, w których mogła pokazać, co potrafi, a widzowie do dziś wierzą każdej jej kreacji. Teatr był najlepszą i bezlitosną szkołą zawodu, grała i role szekspirowskie, i jako młoda dziewczyna – staruszki.
Proszę państwa, oto nowy, absolutny hit internetu! Na nasz rodzimy YouTube dawno nie trafiło nic, co w tak szybkim czasie zyskałoby popularność. „Patologia”, „najbardziej polska rodzina XD” grzmi autor. A komentujący tylko mu wtórują.
Nie tylko astronomia. Wszyscy wiemy, że Kopernik studiował astronomię, ale oprócz nauki o badaniu ciał niebieskich studiował także medycynę, prawo oraz matematykę. Włoskie przyjaźnie i początki wywrotu. Kopernik nie tylko studiował we Włoszech (wspomniana Bolonia i Padwa), ale także odbywał staż w Wiecznym Mieście.
W skrócie: nie chcecie zrobić tego własnemu dziecku. Ostatnio czytałem nawet o sytuacji, w której mama prosiła o radę, bo jej partner twierdził, że ich MIESIĘCZNE dziecko powinno spać samo, a jak płacze to nimi manipuluje. MIESIĘCZNE dziecko! 4. Szacunek zdobywany przez strach.
Było to w czasach kiedy nie było jeszcze internetu, mediów społecznościowych, a pamięć o komunie była wśród ludzi żywa. Plucie na Kościół i księży przy wigilijnym stole, ale jak umrze mąż, trzeba ochrzcic dziecko to się leci do księdza po prośbie i przyjmuje komunie.
Potwierdza to opinię o domu wysyłkowym F. Sölter & Starke, że był znany daleko poza granicami Świdnicy i Śląska i to w czasach, kiedy nie było Internetu, a oferta handlowa do klientów docierała niewspółmiernie wolniej i dłużej niż obecnie. Panu Sebastianowi dziękujemy za udostępnienie czytelnikom ŚPH niezwykłej ciekawostki.
“@jonaszpawulon88 Póki nie było internetu to tylko rodzina wiedziała, żeś debil.. Ile masz lat? 10-12? Że nie zdajesz sobie sprawy z tego co właśnie zrobiłeś? Masz jakieś niedoje*anie mózgowe czy jak?.. Ciesz się, że nikt cię nie zna. Bo już dawno byś zbierał zęby z podłogi ;)”
Czasy, kiedy siadaliśmy przed komputer i „wchodziliśmy” do internetu, minęły wraz z upowszechnieniem smartfonów. Dzisiaj młodzi nie dzielą rzeczywistości na wirtualną i realną, często funkcjonują w obu równocześnie – rozmawiając ze znajomymi, robią zdjęcie, odpisują na wiadomość, a w słuchawkach leci muzyka z aplikacji.
Od tego czasu się trochę świat zmienił. Nie tylko systemy bankowe, ale również np. logistyka. Śmiesznym papierkiem będzie można sobie dupę podetrzeć. Ci, którzy dysponują gotówką, będą mieli łatwiej na początku o ile założymy, że świat nie zejdzie nagle na psy, tylko w cywilizowany sposób postara się dostosować.
Sil3lr. Szukałem inspiracji do nowego tekstu na bloga. Kiedy dzisiaj otworzyłem zobaczyłem tam tekst Magdaleny Urbańskiej pt. „Zostawcie w spokoju dzieci przychodzące do kościoła”, który bardzo polecam na lekturę. W sumie, to przeczytajcie najpierw artykuł Magdy, a potem wróćcie do mojego. Pozwólcie, że podzielę się swoimi przemyśleniami. Bardzo się cieszę, gdy na Msze Święte przychodzą rodziny z dziećmi. Od wielu lat takie Msze prowadzę, gdziekolwiek się pojawiam. Na początku była to parafia na Rakowieckiej w Warszawie, potem w Gdyni a niebawem mam przejąć Msze z udziałem dzieci w naszej parafii w Łodzi. Takie Msze są bardzo specyficzne. Nie można ich nazwać spokojnymi, bowiem zawsze coś się na nich dzieje. I dobrze, bo ma się dziać. Dla rodziców wybranie się na Mszę ze swoimi młodymi pociechami jest niekiedy nie lada przedsięwzięciem, począwszy od porannego wstania, przygotowania siebie i dzieci, poprzez różne, niespodziewane sytuacje. Czasami takie przygotowanie do wyjścia do kościoła trwa kilka godzin (to wiem od niektórych rodziców). Już za sam wysiłek należy im się szacunek. To prawda, że na samych Mszach dzieci zachowują się różnie. Jedne są bardzo cicho, inne natomiast komentują to, co się dzieje. O ile nie ma się pretensji do tych cichych dzieci, to o tych głośniejszych możemy niekiedy usłyszeć różne komentarze (czasami jednak zbyt przesadzone). Sam byłem kiedyś świadkiem, jak jeden z księży (a nie była to Msza dla dzieci) zwrócił na kazaniu rodzicom uwagę, że ich dziecko jest za głośne i przeszkadza. Takie sytuacje się zdarzają. Niekiedy niestety nie potrafimy też, jako księża w odpowiedni sposób taką uwagę zwrócić. Czasami trzeba coś powiedzieć, bo po prostu rodzice w żaden sposób nie reagują na zachowanie swoich dzieci – tak jakby tych dzieci w ogóle przy nich nie było. Mam jednak wrażenie, że takich rodziców jest niewielu. W większości natomiast bardzo szybko reagują. Inna sprawa – ta dotycząca bliskości, o której pisze Magda. Jeżeli dziecko chce się do rodzica przytulić na Mszy, czy nawet usiąść mu na kolana, gdy jest taka możliwość, to dlaczego mu tego mielibyśmy zabraniać? Jeżeli ono czuje się bezpieczne na kolanach swoich rodziców, lub w ich ramionach, to nie jest to dla mnie jakimkolwiek problemem. Co więcej, ostatnio wśród dorosłych widziałem pewną miłą sytuację, gdy młode małżeństwo (lub narzeczeństwo), będąc na Mszy siedziało przytulone do siebie. Nic złego tym zachowaniem nie robili. Po prostu tak przeżywali wspólnie Eucharystię. Jeżeli tak przeżywa ją dziecko wtulone w Mamę, lub Tatę, to tym bardziej się z tego cieszę. Niedawno byłem świadkiem jeszcze innej sytuacji. Młody Tata był ze swoim synkiem na Mszy Świętej. Kościół był pełen ludzi. Aby dziecko mogło widzieć, co się dzieje na ołtarzu, Tata ten wziął je na ręce. Oczywiście nie trzymał go przez całą Mszę, ale jednak dla niego ważna była bliskość z synem i to, że w taki sposób mógł ze swoim dzieckiem przeżywać Mszę Świętą. Według mnie, Msze Święte z udziałem dzieci, można by nazwać po prostu Mszami dla rodzin i przypuszczam, że w wielu parafiach tak jest. Rzeczywiście dla rodziców pojawia się problem, gdy takie Msze znikają z parafialnego kalendarza na czas wakacji. Tutaj można się zastanowić, czy w danej parafii są możliwości, aby utrzymać je na czas wakacji. Jednak, jeżeli ich formalnie nie ma, to proszę się nie bać pójść z dziećmi na inną Eucharystię. Inną kwestią, związaną ze Mszami z udziałem dzieci, to jest ich infantylizowanie przez samych duchownych. Tutaj się zgadzam, że Mszy w żaden sposób nie należy spłycać. Nie można, a nawet powinno się tego zakazać. Gdy tak się dzieje, to mamy potem Internet przepełniony różnymi dziwnymi filmikami i zdjęciami, gdzie ksiądz jest na Mszy przebrany za klauna. Mnie samego to denerwuje. Co więcej, czasami dzieje się tak, że rodzice ze Mszy z udziałem dzieci nie wynoszą niczego dla siebie. Nie wynoszą, bo my, księża im na to nie pozwalamy przez słabe i infantylne kazania do dzieci. Staram się trzymać pewnej zasady na Mszach dla dzieci. Dotyczy ona kazań. Często mówię do dzieci i z nimi rozmawiam. Daję sobie na to kilka minut. Potem natomiast również przez kilka minut mówię homilię dla ich rodziców. Całość nie jest przesadnie długa, a jestem przekonany, że taka forma jest przydatna dla tych, którzy chcą coś więcej wynieść dla siebie z Eucharystii. Na koniec przypomina mi się jedno zdanie Pana Jezusa z Mk 10,14 – „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie.”. Można powiedzieć, że nie tylko w czasie roku szkolnego, ale przez cały czas. blog dzieci głośno hałas modlitwa msza msza z udziałem dzieci rodzice rodzina wyzwanie
Uznaje się, że pierwsze połączenie internetowe w Polsce pojawiło się w sierpniu 1991 roku. Właśnie wtedy pracownik Wydziału Fizyki UW wysłał e-maila z budynku przy ulicy Hożej. Prędkości Internetu na początku lat 90. nie były, delikatnie mówiąc, powalające i wynosiły 9600 bit/s, czyli sporo mniej niż 10 kb/ takie pozwalało wyłącznie na bardzo prostą komunikację. Nie można było myśleć o pobieraniu muzyki czy filmów, ale nikomu to nie przeszkadzało, ponieważ ówczesnym komputerom było bardzo daleko do multimedialnych kombajnów, którymi są dziś. Poza tym Internet był narzędziem używanym wyłącznie w nielicznych urzędach, firmach oraz instytucjach. Zdecydowana większość zwykłych zjadaczy chleba nie mogła z niego korzystać. W 1996 roku nastąpiła rewolucja. Wówczas Telekomunikacja Polska, największy operator telefoniczny w kraju, wprowadziła numer 0-20 21 22, który umożliwiał łączenie się z siecią za pomocą modemu telefonicznego. Część z was zapewne pamięta go z powodu charakterystycznego dźwięku, który towarzyszył łączeniu się z globalną ta zyskała ogromną popularność w latach 1998-2001. Szybkość połączenia wynosiła do 56 kb/s, ale nikt na to nie zwracał uwagi. Cieszył fakt, że Internet w ogóle działał, a strony internetowe się ładowały. Nawet jeżeli to pobieraniu większych plików nadal nie myślano, ponieważ trwałoby godzinami, a korzystanie z Internetu blokowało linię telefoniczną. Działo się tak, ponieważ połączenie z Internetem było traktowane niczym rozmowa. A co za tym idzie, było rozliczane w systemie czasowym, na tzw. impulsy. Wynika to z tego, że kiedyś czas rozmowy mierzono za pomocą wypuszczania kolejnych impulsów działanie połączenia internetowego sprawiało, że można było łatwo sprawdzić, czy nasz znajomy z klasy lub podwórka jest w domu. Wystarczyło do niego zadzwonić raz lub dwa. Jeżeli linia telefoniczna była zajęta przez kilka minut, oznaczało to, że prawie na pewno akurat siedzi przy komputerze. Wiązało się to też z częstymi krzykami rodziców, którzy chcieli gdzieś zadzwonić, ale nie mogli, bo ich pociecha akurat surfowała po sieci. Doświadczył ich praktycznie każdy młodociany użytkownik Internetu w latach 90. Internet był wtedy bardzo drogi. Zazwyczaj kosztował 29 groszy za każdy impuls naliczany co trzy minuty. Łatwo można policzyć, że godzina korzystania z sieci nie tylko blokowała linię telefoniczną, ale też kosztowała niemal 6 zł. Dlatego starano się obniżyć tę cenę na różne internautów korzystało z sieci późną porą, ponieważ od 1998 roku pojawiła się specjalna taryfa nocna. Pomiędzy 22 wieczorem i 6 rano impuls był naliczany co 6 minut, przez co godzina surfowania kosztowała 3 zł. W czasach, gdy większość ludzi zarabiała 600-800 zł miesięcznie, to i tak była odczuwalna sposobem na korzystanie z sieci było chodzenie do kafejek internetowych. Godzina kosztowała od 2 do 4 zł. Nadal dużo? Owszem, ale zainstalowane tam łącza miały przepustowość nawet 1-2 Mb/s, więc umożliwiały pobieranie dużych ilości danych w krótkim komputery były nowe i pozwalały na uruchamianie najnowszych gier, oczywiście w wersji pirackiej, bo właściciele kafejek niespecjalnie przejmowali się prawem autorskim. Ba, sami sprzedawali kopiowane gry po 30 zł za sztukę. Czasami taki tytuł nie działał jak należy, niekiedy miał domowego lektora z rosyjskim akcentem, często coś było nie tak. Ale i tak każdy je kupował, ponieważ typowa cena premierowego tytułu w sklepie dobijała wówczas do 200 zł, co było dla większości osób nieosiągalnym pułapem. Czasy popularyzacji sieci. Internet był bardzo drogi, ale coraz więcej osób aktywnie z niego korzystało. Internet wciągał, bo był jedynym tego typu źródłem najnowszych wiadomości, rozrywki na światowym poziomie oraz nieograniczonej, nieskrępowanej niczym wiedzy. Niestety, mojej rodziny nie było wtedy stać na łącze, więc uroki modemu poznawałem przy komputerach moich nawet oni mieli często szlabany na korzystanie z Internetu. A to przez kiepskie oceny, a to przez złe zachowanie, a najczęściej… przez zbyt wysokie rachunki telefoniczne, które mogły wynosić nawet kilkaset złotych. Ponad pół przeciętnej wypłaty. Wyobraźcie sobie, że obecnie macie dziecko, które wydaje lekką ręką 1500-2000 zł na rozrywkę. To mniej więcej to szczęście z czasem Internet zaczął tanieć. Telekomunikacja Polska wprowadziła pakiety godzin do wykorzystania na połączenia modemowe. Pierwsze 30 godzin kosztowało wówczas 60 zł, co było stosunkowo dobrą ceną. Jednak po przekroczeniu pakietu jego koszt wracał na standardowy coraz więcej osób decydowało się na stałe łącza, czyli oferty z nielimitowanym czasem korzystania sieci. Pierwszym tego typu planem o dużej popularności był SDI - Szybki Dostęp do Internetu. Pod koniec 2001 roku aż 62 tys. abonentów korzystało z tej usługi. Jej instalacja kosztowała 856 zł, zaś abonament wynosił 139 zł miesięcznie. Niestety możliwości techniczne nie były powalające, bo maksymalny transfer wynosił zaledwie 115 kb/s - dwa razy więcej niż oferował modem. Dzieci Neostrady W tym samym czasie dostępna była też Neostrada, która pozwalała na osiąganie prędkości na poziomie 2048 kb/s. Początkowo nie cieszyła się ona dużą popularnością ze względu na ograniczenia terytorialne nowej wówczas technologii ADSL. W 2001 roku wyłącznie mieszkańcy Warszawy mogli korzystać z Neostrady w wersjach 256, 512, 1024 i 2048 kb/s, które kosztowały miesięcznie 300, 500, 1000 oraz 1500 zł. Od połowy 2002 roku usługa została rozszerzona na kolejne miasta i pojawiła się Neostrada Plus o prędkości 512 kb/s oraz cenie 179 zł rewolucję Neostrada przeżyła jednak w 2004 roku. Wówczas operator wprowadził tani wariant swojej usługi. Kosztował on 59 zł miesięcznie i pozwalał na korzystanie z sieci z prędkością 128 kb/s. Do dziś pamiętam szary modem Sagema, który był dołączony do pudełka z logo Telekomunikacji Polskiej. Jego instalacja była banalnie prosta, jak na tamte czasy, ale nie można go nazwać przesadnie wytrzymałym. Palił się po każdej burzy, więc w ciągu 3 lat wymieniałem go jakieś 7 stała się wówczas tak popularna, że nowi użytkownicy sieci, którzy nie powinni z niej korzystać, byli nazywani Dziećmi Neostrady. Określenie to jest używane do dziś, a niektórzy Internauci zapewne już nie pamiętają, skąd się wzięło. Trzeba przyznać, że to właśnie najtańsza oferta Telekomunikacji Polskiej sprawiła, że liczba osób na stałe podłączonych do sieci lawinowo wzrosła. Już w pierwszym kwartale 2015 roku z Neostrady korzystało niemal 800 tys. międzyczasie Telekomunikacja Polska obniżała ceny kolejnych wersji usługi, więc korzystałem z Neostrady o prędkości 256 i 512 kb/s, a następnie 1 i 10 Mb/s. Ta ostatnia była już rozprowadzana z modemem Funbox, dzięki któremu po raz pierwszy poznałem, czym jest domowe Wi-Fi. Choć wówczas niewiele sprzętów go wykorzystywało. Internet rozwijał się powoli. A potem nastał światłowód. Przede wszystkim rosły szybkości transferów. Standardem stawało się 10, 25 i 50 Mb/s. Obecnie typowym połączeniem z siecią jest takie o przepustowości od 50 do 250 Mb/s, oczywiście o ile na takie transfery pozwala infrastruktura. U moich rodziców, pod Białymstokiem, nadal możliwe do uzyskania transfery oscylują w granicach 5 Mb/s. Korzystanie tam z Internetu to katorga, która pozwala docenić, jak komfortowo pracuje mi się w sieć jednak nie różni się specjalnie od swoich poprzedników. Transfery są zwiększane, ceny nie rosną i zazwyczaj wynoszą kilkadziesiąt lub nieco ponad 100 zł miesięcznie. Można pokusić się o stwierdzenie, że obecna technologia już dochodzi do krańca swoich możliwości. Z tego powodu miejsce miedzianych kabli coraz częściej zajmuje światłowód. Jego możliwości są ogromne. Dwa lata temu Orange jako pierwszy z dużych operatorów wprowadził do Polski Internet o przepustowości 600 Mb/s, a ostatnio podwyższył prędkość połączenia do 1 Gb/s. Sam korzystam właśnie z takiego połączenia i czuję, że za kilka lat będzie to uważane za kolejny kamień milowy w historii polskiej nie chodzi tu tylko o przepustowości. Równie istotna jest stabilność połączenia. Jako że kabel światłowodowy leży pod ziemią, nie jest narażony na czynniki atmosferyczne. Z sieci da się korzystać nawet w najgorszą pogodę. Tak długo, jak działa podłączony do prądu przewód światłowodowy jest doprowadzony prosto do mieszkania, a nie do skrzynki, z której wychodzi zwykły kabel koncentryczny. Dzięki wyeliminowaniu słabych punktów instalacji udało się rozwiązać problem spadków prędkości połączeń poniżej deklarowanych poziomów. Skoro Orange mi mówi, że sieć pozwoli na pobieranie i wysyłanie plików kolejno z prędkościami 1000 i 100 Mb/s, to… tak faktycznie jest. Nie mam do czynienia z sytuacją, gdy dostaję zaledwie połowę tego, co oferuje operator. Do niedawna nie zawsze było to normą. Co dalej? Jak dalej potoczy się historia Internetu w Polsce? Zasadniczo zmieni się niewiele, oczywiście poza przepustowościami, które cały czas będą rosnąć. Połączenia światłowodowe to całkiem nowa technologia, a my nie jesteśmy w stanie wykorzystać nawet małej części jej możliwości. Mówi się, że teoretycznie pozwalają na przesyłanie danych z prędkością nawet 1 Pb/s (petabita na sekundę). Czyli tysiąca tetabitów lub miliona gigabitów na mogę obecnie sprawdzić, czy te wartości są prawdziwe, ale… są obecnie tak dla mnie niewyobrażalne, że jestem pewien, że światłowód pozostanie z nami nie na kilka, ale na kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat. To technologia przyszłości, z której możemy korzystać już dziś.* Partnerem tekstu jest produktu
- To prawdziwy cud, że się odnalazł. Nasz kot jest prawdziwym wojownikiem - napisała do KSOZ na wieść o odnalezieniu kota pani Natalia, córka właścicieli futrzaka. Ukraińska rodzina trafiła do Krakowa kilka dni temu i przez pewien czas przebywała w punkcie odpoczynku przy peronie trzecim na dworcu głównym w Krakowie. To właśnie tu w piątek zaginął kot. Rodzina z Ukrainy poinformowała o tym przedstawicieli Krakowskiego Stowarzyszenia Obrony Zwierząt, którzy odwiedzili punkt wypoczynku w ramach akcji pomocy dla zwierząt uchodźców. Stowarzyszenie podjęło próby znalezienia kota przy użyciu specjalnej klatki tzw. żywołapki i otwartych transporterków z przynętą. KSOZ wydrukował także plakaty oraz prowadził poszukiwania kota za pośrednictwem internetu. Kiedy już wydawało się, że akcja poszukiwania skazana jest na niepowodzenie, we wtorek wieczorem nastąpił przełom. W piątym dniu od zaginięcia kota wolontariuszki, pracujące w punkcie wypoczynku, znalazły go w dziurze w ścianie. Dziewczyny przekazały zwierzę pod opiekę KSOZ. Ukraińska rodzina kota jest już w Niemczwech, tysiąc kilometrów od Krakowa. - Zwierzę pozostanie pod naszą opieką do czasu przyjazdu po nie. Rodzina kota już telefonowała do nas i zapowiedziała, że w najbliższych dniach wróci po zwierzę. Jesteśmy w stałym kontakcie - powiedziała prezes KSOZ Agnieszka Wypych. Jak dodała, kot jest w doskonałej kondycji, prawdopodobnie tylko nocami wychodził z ukrycia i jadł karmę z transportera - była to przynęta, by go odnaleźć. Źródło: PAP